środa, 14 kwietnia 2010

just don't fight it

Tragedie zdarzają się codziennie. Te małe, gdzie boisz się okazać słabość. Brudne sztuczki są na nic, bo jeśli coś się popsuło, to trzeba to naprawić. Nic prostszego, trzeba mieć tylko odrobinę odwagi.
Pozwól ciszy zająć się problemami, bo szybkie rozwiązania nie istnieją.
Każdemu przychodzi czas na smutek i każdy musi się z tym uporać. Tyle tego jest, ciężko w to uwierzyć. I jest pięć etapów smutku. U każdego objawiają się inaczej. Ale zawsze jest ich pięć.
Zaprzeczenie
Złość
Targowanie się
Depresja
i.. akceptacja.


Znajdź mądrość w smutku i wyciągnij w końcu konstruktywne wnioski. Bo smutek uczy.
Uczy empatii i zrozumienia.
Wszystko rozumiem. I nie będę się wtrącać w boskie sprawy. Bóg to projektant doskonały.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Pożegananie z Afryką

Za Radę Nadzorczą o bladym świcie
- dziękuję ci gwiazdo.

I.. żegnaj Afryko!
Znów sama w miejskiej dżungli. Nic tylko pogrążyć się w tanich winach i panadolach.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

tak, tak, jesteśmy gotowi

To świat odważnych ruchów i ciągłych zmian.
Stój spokojnie przez chwilę, a zostaniesz w tyle.
Ale czy nigdy nie kusi cię, żeby spojrzeć wstecz?

Przeszłość zawsze wraca, żeby skopać dupę.
Ci, którzy zapominają o przeszłości zmuszeni są ją powtarzać.

Za fiszem: Duże dzieciaki mali chuligani? Jesteście gotowi?

sobota, 10 kwietnia 2010

Dzwon Zygmunta wybrzmiał.
Tłum
pod sklepem z flagami.
Elita Rzeczpospolitej.
i Rektor mojej uczelni

Przecież to niemożliwe, żeby wszyscy lecieli razem...

Radość pisania

1)
Frajda z pisania - żadna, a jedynie nabawiłam się tego nieusuwalnego wrażenia, że to jakaś nieskończoność, pojebana rzeczywistość jak w filmach o ludziach z psychiatryka, którzy mają restart mózgu co pół dnia - i od początku, all and all - tyle, że u mnie zaczyna i kończy się tak samo. Niczym jebana apokalipsa, a po wtóre - it pointless in the end. Przez każdą stronę, przez każde zdanie przemawia patologiczny brak treści. Sama smutna, kurwa, prawda. Przez to wszystko po wtóre nadałam sobie prawo do bluzgów, człowiek ma jedno przecież życie! I już nie mogę pojąć o co chodziło Szymborskiej:
"Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej."

2)
Bo z tego wszystkiego mam fazę tylko na jakiś perfidny i na wskroś mściwy revenge.

3)
To pisanie mnie zniszczy. Mnie - w sensie intelektualnym, o ile kiedykolwiek takowy był. Zniszczy mnie do cna, już widzę pierwsze oznaki obłędu: nawet najprostsza czynność, taka jak wyrzucenie śmieci czy zmywanie są dla mnie tak rozkoszną ulgą, że aż boję się co by było gdyby przyszło mi wyjść na jakiś iwent. Jezu! Do parku chociaż! Widok uśmiechniętych dzieci i ich perfekcyjnie niewystylizowanych mam wzbudziłby na powrót uczucia we mnie jakiekolwiek. Ale nie narzekam - przyrządzenie sałaty i krojenie pomidorów wystarcza mi już do odrobiny szczęścia w tym moim jebanym żywocie. Plan bowiem muszę wykonać, a jest nieugięty, ba! bezwzględny jako peerelowska architektura betonowa. I nic że wpadnę lada dzień w głęboką afazję. Już samo to, że piszę ten mało poczytny blog świadczy, że czynność konwencjonalna jaką jest mowa - staje się mi najzwyczajniej zbędną. .

4)
Tymczasem ugór twórczy nastał. Nic nowego, trwa już 3 miesiące. Nie wiem co się stało z dawną angelą. Kiedyś można było wdać się ze mną w jakiś ociekający zajebistością dyskurs, ot, chociażby o Kubicy, R. i wpływie braku wąsów na jego porażki. Teraz nie wskrzeszę z siebie żadnej metafory - nic, dosłownie nic. Tylko jedno krąży mi po głowie, jak mantra jakaś: woda jest węglem naszych czasów. Czemu?? Bo guma jest drewnem naszych czasów. I wiadome, że w domu kurczaka nietaktem jest wspominać o rosole.
Pal to pięć! Jestem tylko zwykłą dziewczyną, nie rozumiem czemu ludzie podejrzewają mnie o nieprzeciętność. I tu zapodam motto mi przyświecające: I'm imperfect, but I'm perfectly me.

5)
Przejdę teraz do działu ogłoszeń. To, co teraz pamiętam: Nie raz, nie dwa słyszałam opinię iżby nowy album Gorillaz tchnął NICOŚCIĄ. Postanowiłam to sprawdzić. Wszak ludziom nie wolno ufać, o nie. I słuszna okazała się moja zasada - otóż album członków zespołu, którzy prawie nigdy nie pokazują się publicznie, a na koncertach itp. występują pod (modne słowo) avatarami, otóż Plastic Beach, bo tak zwie się owo arcydziełko, nowy album Gorillaz jest po prostu zacny! Polecam zatem bo jest na czym ucho zawiesić. I niespodziankę będą mieli ci, którym pobrzmiewa nadal Dirty Harry, czy Demon Days w ogólności, płyta jest bowiem inna i jak najbardziej tchnie świeżością.
I to by było na tyle.

6)
Ale zawsze może być gorzej



Chociaż.. nadal nie mogę spać. Ale to nic. Spanie jest dla cieniasów!
A dzisiaj? Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia. I ponoć najgorszym momentem jest minuta, w której wydaje ci się, że masz to za sobą, a to dopiero początek.



środa, 7 kwietnia 2010



































Jestem najgorszą blogerką świata, przepraszam.

Can't sleep, can't get up in the morning - i wiem, to mnie nie tłumaczy.


poniedziałek, 5 kwietnia 2010

up

Oto teraz zakończyłam program okazjonalny. Bóg zmartwychwstał (fani reggae w wychwalaniu Jah mają za sobą uznane w tych kręgach autorytety, jak chociażby jeden z 40-stu (??) synów Boba - Ziggy Marley. Bob, wiadomo, był płodnym artystą). A zatem - koniec ze świątecznym obżarstwem! Ponoć każdy plan można zmienić. Racja! Pomijam fakt, że wolę życie bez planów, ale w obecnej sytuacji nie ma już czasu. Ani minuty. Do roboty.

I oto znów siedzę przed kompem, stukam jakieś bzdety o sama nie wiem czym i wstępuje we mnie ta chęć. Ta chęć szukania, słuchania, odkrywania, a co najdziwniejsze.. czytania.
I nagle czuję na sobie ten palący wzrok jak wtedy - te setki dni temu - gdy wymienialiśmy nieśmiałe spojrzenia przy czerwonym winie i świecach. Tak, czuję na sobie ten palący wzrok - to Iwaszkiewicz patrzy na mnie zza Tataraku i mówi "no bierz mnie duża!"
A ja biorę i czytam.



Bo w kolejce Wieczór autorski.

sobota, 3 kwietnia 2010

piątek, 2 kwietnia 2010

w drodze

Na pustynię. W ciszy usłyszysz odpowiedź.



Wczorajsza droga. Ryzykowałam życiem. Grunt, że idea pksu tymczasowo porzucona.

...






Tulipany. Lada moment. Lada dzień.

Iwan

czwartek, 1 kwietnia 2010

Omlet jako środek przemian społecznych

Są ludzie, których zjawisko omleta nie wzrusza. Można ich porównać do jednostek, którym obcy jest komiks. Komiks - to probierz ludzkiej wrażliwości. To niewątpliwie obszar kultury i jeśli ktoś mówi, że to dla dzieci, świadczy o wielkiej ignorancji. Na dobrą sprawę bliski jest mi tylko "Niewinny pasażer" Martina tom Dieck'a. Wróćmy do omleta.
Najpierw pomysł wydał mi się bez sensu, po co bowiem w procesie tworzenia omleta oddzielać białko od żółtka? Czy nie po to matka natura upchnęła je w jednej skorupie, by były jednością?? Za jawny skandalizm uznałam taką ingerencję w ład wszechświata. Moja niedbałość nie okazała się pechowa, omlet całkiem znośny, acz wymagający doprecyzowania. Bądźmy szczerzy - mój styl kulinarny przez znawców rzemiosła został określony jako 'prowizoryczny'; trudno się nie zgodzić, bo jakże nazwać jedzenie plebejusza? Omlet w epoce oświecenia uznawany był za prawdziwy rarytas (białko było przecież swoistym paliwem światłych umysłów). Szacunkiem cieszył się ten, na czyjego stole gościł omlet. Dziś już nikogo to nie wzrusza, idea omleta odeszła do lamusa. A szkoda, tradycję omleta oświeconego należy kultywować, chociażby dlatego że sezon biegania już rozpoczęty!
W przygotowaniu krótka polemika nt. "Nikt nie odda się za kromkę chleba w jajku".
I to nie jest żart.

Co jeszcze.. dzisiaj jest dzień kiecy. Ludzie od rana skandują: "zdejm kiece i lece". I ponoć mają kręcić Avatara w Polsce, dokładniej w parku rozrywki w Chorzowie, mają tam pełno rekwizytów.
I na zupełny koniec smutna wiadomość: jako że blog nie generuje oczekiwanych zysków, zawieszam jego działalność do odwołania. (Działalność wznowiona po dniu nieobecności, bycie blogerką zobowiązuje).
Czołgiem zajączki.